Od dziesięciu lat każdego dnia Grzegorz Dziedzic i Maciej Kruszyński, streetworkerzy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Gdyni, docierają do osób, które z różnych powodów zmagają się z kryzysem bezdomności ulicznej. Zabezpieczają ich podstawowe potrzeby, pomagają w uregulowaniu spraw urzędowych, namawiają do podjęcia próby zmiany życia. I choć często odbijają się od ściany niechęci, bez wahania mówią: – Ta praca ma sens. Ratujemy życie.

Od lewej: Maciej Kruszyński, Grzegorz Dziedzic // fot. Dawid Linkowski

Grzegorz Dziedzic w gdyńskim MOPS pracuje od roku 2012, Maciej Kruszyński: od 2013. Są jak ogień i woda – i sami to przyznają.

Grzegorz: – Myślę, że dobrze nas opisuje to, że gdy wchodzimy na działki ja naciskam na klamkę, żeby otworzyć furtkę, a Maciek skacze przez płot.

Maciej: – Grzegorz jest spokojny, ja jestem adrenalinowcem.

W pracy na ulicy z osobami w kryzysie bezdomności czasem potrzeba szybkiego działania, a czasem chłodnej analizy, więc różnica charakterów gdyńskich streetworkerów dobrze się tu sprawdza. A po dekadzie wspólnej pracy stworzyli swój własny system działania: dziś różny od tego, który mieli na początku, bazujący na wspólnych doświadczeniach, kompetencjach i zaufaniu.

Zaczynali od codziennego przemierzania Gdyni i monitorowania miejsc niemieszkalnych, w których mogły przebywać osoby w kryzysie bezdomności. W duecie poznawali miasto i ludzi, do których docierali. Byli dla siebie wsparciem i asekuracją.

– Nie ma co kryć: chodzenie po pustostanach do najprostszych rzeczy nie należy, trzeba na siebie uważać – mówi Maciej.

Maciej Kruszyński // fot. Dawid Linkowski

Przez lata zmienił się jednak system wsparcia osób w kryzysie bezdomności ulicznej: ze streetworkerami ściśle współpracują dziś m.in. pracownicy socjalni. Każda osoba przebywająca na ulicy (ich liczbę w Gdyni szacuje się na 40 – 50) ma swojego opiekuna, do którego może się zwrócić gdy trzeba wyrobić ubezpieczenie, otrzymać interwencyjną paczkę żywnościową czy wziąć kąpiel w noclegowni. Streetworking stał się ważną częścią działań gdyńskiej koalicji tworzonej m.in. przez MOPS i służby mundurowe, jak policja i straż miejska. Od ponad dwóch lat Centrum Reintegracji i Interwencji Mieszkaniowej MOPS, w którym pracują streetworkerzy, współpracuje z Poszukiwawczym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym.

A sami streetworkerzy po pierwsze się rozdzielili, po drugie wyspecjalizowali: Maciej w ratownictwie (jest wykwalifikowanym ratownikiem) Grzegorz w psychoterapii uzależnień (rozpoczął certyfikację w psychoterapii ogólnej).

Jedno się nie zmieniło: swój dzień pracy spędzają w 90 proc. w terenie. W Centrum Reintegracji i Interwencji Mieszkaniowej MOPS dzielą pokój i… komputer. Przygotowują notatki z interwencji, uzupełniają dane na interaktywnej mapie miejsc niemieszkalnych, aktualizują informacje o osobach, do których w danym dniu dotarli. W poniedziałki Grzegorz wyrusza na patrole z pracownikiem socjalnym, strażą miejską lub policją, w czwartki Maciej z ekipą POPR jako „Gdyńscy ratownicy dla ulicy”.

Przez lata pracy „na streetcie” Grzegorz i Maciej doskonale poznali Gdynię, zidentyfikowali miejsca niemieszkalne i regularnie do nich wracają.

Grzegorz Dziedzic // fot. Dawid Linkowski

– Intensywność dnia pracy streetworkera zależy od pory roku – zauważa Grzegorz Dziedzic. – Zimą nasze działania dotyczą głównie osób, którym może grozić wyziębienie czy wręcz zamarznięcie. Staramy się umieszczać je w bezpiecznych miejscach choć na jeden dzień. Bywa, że po tym dniu wracają w swoje miejsca, ale my wracamy za nimi. Zimą ze strażą miejską i policją patrolujemy też miasto nocą. Lato to z kolei okres bardziej interwencyjny. Po pierwsze dlatego, że do Gdyni przyjeżdża dużo osób z całej Polski. Po drugie: nadużywanie alkoholu – a wiele osób w kryzysie bezdomności jest uzależnionych – plus wysokie temperatury sprawiają kłopoty medyczne. Latem mogę też poświęcić więcej czasu na rozmowy: na nawiązanie kontaktu, na motywowanie do podjęcia leczenia uzależnienia.

Maciej dodaje, że zimą z oczywistych powodów streetworkerzy bardziej zdecydowanie namawiają na skorzystanie z placówki.

Grzegorz Dziedzic podczas badania socjodemograficznego osób w kryzysie bezdomności w roku 2017 // arch. Laboratorium Innowacji Społecznych

– Pracując na ulicy widzę rzeczy z zupełnie innej perspektywy, widzę skrajne reakcje – mówi. – Jedni przeganiają osoby bezdomne z pergoli śmietnikowych, bo wiedzą że tak trzeba robić żeby zmotywować do zmiany, a inni przynoszą do tej pergoli ciepły obiad i zrobione na drutach skarpety. I co my powinniśmy w takiej sytuacji zrobić?

Grzegorz: – To jest ten odwieczny dylemat: profesjonalizm czy spontaniczne pomaganie? Moim zdaniem najlepsze jest podejście indywidualne. Są osoby o których wiemy, że tak czy inaczej będą przebywać w miejscach niemieszkalnych. W ich przypadku założenie, że jeśli nie dostarczymy im niczego, co by ułatwiło przebywanie np. w altance sprawi że oni tę altankę opuszczą, niczego nie zmieni.

Grzegorz przyznaje, że bycie streetworkerem niesie za sobą wiele trudów i ograniczeń. Osoby przebywające na ulicy nie do końca są zainteresowane korzystaniem z oferty wyjścia z bezdomności, jaka czeka na nie w Gdyni.

– A ja życzyłbym sobie, żeby poszły za naszymi radami i zmieniły swoje życie – przyznaje. – Można zacząć od skorzystania z noclegu czy naszych drobnych usług, jak wzięcie kąpieli. Gdy ktoś odmawia przyjęcia pomocy i tak do niego wracamy. Z osobami, które znamy, kontaktujemy się miesięcznie około 130 razy, kilkanaście razy odwiedzamy te, które są dla nas nowe, podejmujemy 5-10 interwencji. Na tym polega nasza praca: to, że ktoś mówi nam „nie” nie zwalnia nas z obowiązku kontynuowania kontaktu. Wracamy tak często, że niektórzy mają nas dosyć. Dzięki naszej pracy we wspólnych patrolach w najbardziej newralgicznych miejscach częściej pojawiają się służby.

– Wracamy na miejsce do skutku, aż spotkamy osobę o której dostajemy sygnał – i czasami udaje się przewieźć ją do noclegowni, w bezpieczne miejsce – mówi Maciej. – Ale bywa i tak, że spotykam na ulicy osoby wyziębione, zapraszam do nas, do CRiIM na ciepłą zupę. Przychodzą do miejsca, w którym mogą uzyskać faktyczną pomoc, a wychodzą gdy tylko zjedzą.

Maciej Kruszewski podczas dyżuru “Ratownicy dla ulicy” pełnionego z Poszukiwawczym Ochotniczym Pogotowiem Ratunkowym. Rok 2020 // ach. Laboratorium Innowacji Społecznych

GrzegorzMaciej znają z imienia i nazwiska osoby żyjące „na streetcie”, znają ich historie. Oczywiście najbardziej cieszą te, które znalazły dobre rozwiązanie: ktoś zdecydował się na udział w projekcie Utrecht i od nowa uczy się życia „na swoim”, ktoś skorzystał ze schroniska, kogoś umieszczono w Domu Pomocy Społecznej czy ośrodku leczenia uzależnień.  

Obaj mówią, że pracują jako streetworkerzy, bo bezdomność uliczna zawsze ich jakoś dotykała i po prostu chcą pomóc.

– Może chodzi o adrenalinę, która się pojawia gdy pomagamy, zwłaszcza w trudnych warunkach? – pyta Maciej. I dodaje: – Czasami jesteśmy w takich miejscach, że zastanawiam się: kto by tam dotarł? Nie chodzi o Grzegorza czy o mnie. Chodzi o to, że gdyby nie było streetworkerów, jednostki takiej jak nasze Centrum kto by wiedział o tym człowieku? Że on tam jest?

Cykl „Twarze pomagania powstał w ramach: „Adaptacja Koncepcji UrbanLab w Gdyni” w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna na lata 2014-2020, współfinansowanego ze środków Funduszu Spójności

powrót